
16 senatorów
Obecnie w polskim senacie zasiada 100 senatorów. Podobnie jak w przypadku 460 posłów ich liczba jest niczym nie uzasadniona. Ponadto funkcja senatora w obecnie obowiązującym ustroju, poza opóźnianiem prac rządu (co bardziej szkodzi niż usprawnia działanie struktur państwa) nie wnosi nic co może zdecydować pozytywnie na funkcjonowanie naszego kraju.

W obecnym systemie wiele instytucji istnieje bardziej siłą przyzwyczajenia niż dlatego, że realnie wzmacniają wpływ obywateli na państwo. Dlatego kiedy mówimy o zmianie modelu państwa, nie chodzi o burzenie wszystkiego dla samego burzenia. Chodzi o przemyślenie, które instytucje mają sens zachować, ale nadać im nową, rzeczywistą rolę. I właśnie tak można spojrzeć na Senat.
Senat mógłby pozostać instytucją prestiżową, ale nie symboliczną. Jeśli ma istnieć, powinien mieć konkretną funkcję sprawczą i odpowiedzialność wobec obywateli. W tym modelu Senat nie jest dodatkiem do systemu. Jest jednym z filarów ustroju.
Dlatego zamiast stu senatorów, których liczba dziś wydaje się arbitralna, można wyobrazić sobie Senat złożony z szesnastu senatorów — po jednym reprezentancie z każdego województwa. Każde województwo miałoby własny głos na poziomie państwowym. Nie przez partyjny klucz i układy, ale przez rzeczywistą reprezentację regionów.
To nie jest pomysł na ograniczenie reprezentacji, lecz na zwiększenie odpowiedzialności. Jeśli senator reprezentuje całe województwo, jego mandat ma większy ciężar i większą odpowiedzialność. Nie jest jednym ze stu anonimowych głosów. Jest realnie rozliczalnym przedstawicielem wspólnoty.
W takim modelu Senat nie byłby tylko izbą refleksji. To Senat mógłby powoływać rząd. I tu pojawia się zasadnicza zmiana myślenia o państwie — rząd nie jako efekt partyjnych układanek, lecz rezultat odpowiedzialnego wyboru dokonanego przez ludzi, którzy sami przeszli drogę publicznej służby.
Ministrowie nie byliby przypadkowymi nominacjami politycznymi. Rząd tworzyliby doświadczeni senatorowie, którzy zaczynali od działań lokalnych, później przeszli poziom parlamentarny, a dopiero potem obejmowali odpowiedzialność za państwo. Nie zaczyna się od szczytu. Dochodzi się do niego drogą służby.
Dlatego kandydować na senatora mogłyby wyłącznie osoby, które odbyły co najmniej jedną pełną czteroletnią kadencję poselską. To nie zamknięcie systemu, lecz stworzenie naturalnej ścieżki doświadczenia. Państwo nie powinno być polem eksperymentów dla przypadkowych ludzi.
Jednocześnie senator nie musi być technicznym specjalistą od każdego obszaru. Powinien być wybitnym organizatorem i menadżerem z wizją. Jego rolą byłoby organizowanie funkcjonowania państwa przy wsparciu ekspertów, doradców i specjalistów. Eksperci mają doradzać, ale odpowiedzialność musi należeć do tych, których wskazali obywatele.
W tym modelu bardzo ważna byłaby także zasada pełnej odpowiedzialności przed obywatelami. Senator mógłby zostać odwołany tak samo, jak inni przedstawiciele publiczni. Mandat nie byłby przywilejem. Byłby warunkową służbą opartą na zaufaniu społecznym.
Z tej samej logiki wynika likwidacja immunitetów. Jeśli przedstawiciel publiczny odpowiada przed obywatelami i prawem na tych samych zasadach co każdy obywatel, immunitety stają się zbędne. Nie są potrzebne tam, gdzie państwo budowane jest na odpowiedzialności, a nie na ochronie uprzywilejowanej klasy politycznej.
Nikt sprawujący funkcję publiczną nie powinien stać ponad prawem. Funkcja publiczna ma oznaczać większą odpowiedzialność, nie większą ochronę. W takim modelu immunitet nie wzmacnia demokracji, lecz ją osłabia, bo tworzy poczucie nierówności wobec prawa. A tego właśnie chcemy uniknąć.
To nie jest wizja wymiany jednych elit na inne. To próba zbudowania państwa, w którym bardziej opłaca się służyć obywatelom niż nimi zarządzać. W którym droga do najwyższych funkcji prowadzi przez doświadczenie, odpowiedzialność i zaufanie, a nie przez partyjne mechanizmy.
Szesnastu senatorów reprezentujących województwa. Senat powołujący rząd. Jasna ścieżka dojścia do najwyższych funkcji. Możliwość odwoływania przedstawicieli. Likwidacja immunitetów. Mniej przywilejów, więcej odpowiedzialności.
Nie chodzi o zmianę nazw ani kosmetyczne poprawki systemu. Chodzi o taki model państwa, w którym obywatele mają realny wpływ, a instytucje istnieją po coś. Bo prawdziwa reforma zaczyna się wtedy, kiedy pytamy nie kto ma rządzić, ale na jakich zasadach państwo ma służyć obywatelom.
